Na początku XX wieku papier fotograficzny pokrywano żelatynową zawiesiną zawierającą drobinki srebra. Z czasem srebro migruje na powierzchnię odbitki, utlenia się i tworzy metaliczny nalot przypominający lustro. Ciemne miejsca na fotografii stają się jasne, zdjęcie blednie, obraz znika, znikają pejzaże, wnętrza i ludzie. Nie można tego procesu zatrzymać.
Efekt lustra dotknął już album Zoppot i rozpoczął się powolny proces znikania zapisanej w nim rodzinnej historii. Nic o niej nie wiadomo, nie wiadomo, czyją album był własnością, ani kto jest utrwalony na wklejonych na jego kartach fotografiach. Dość oczywisty wydaje się związek tej rodziny z Poznaniem – na wielu fotografiach jej członkowie pozują na Świętym Marcinie, na Sołaczu, Przepadku, przed Operą, na Pewuce, w Dębinie. Być może byli właścicielami ogródka działkowego na Dolnej Wildzie. Na wycieczki wyjeżdżali do Puszczykowa, Ludwikowa lub Stęszewa, wypoczywali nad Wartą, fotografowali się w atelier w Biedrusku. Czas wolny spędzali bardzo aktywnie – młodsi pływali w Warcie, jeździli na rowerach i na nartach, starsi grali w karty, a wspólnie spotykali się na weselach, chrzcinach i rocznicach. Celebrowali święta otoczeni gromadką dzieci. Bardzo lubili się fotografować, jakby chcieli uchwycić i ocalić wspólnie spędzone chwile. Wyglądają na szczęśliwych.
Na wewnętrznej stronie grubej, tekturowej okładki albumu znajduje się dedykacja: „Kochanej siostrze Gabrysi na pamiątkę z Zoppot Broniś” i datą – 11 września 1928 r. Być może dziewczyna z krótkimi, jasnymi, kręconymi włosami, którą widać na bardzo wielu zdjęciach, to właśnie Gabrysia? Wiele wskazuje na to, że Gabrysia, jeżeli to ona, była członkinią Koła Śpiewackiego „Chopin”, które powstało w 1910 roku na Wildzie, a w latach 20. XX wieku należało do najlepszych chórów nie tylko w Poznaniu, ale i Wielkopolsce. „Słowiczek”, podpisano jedno z jej zdjęć z marca 1928 roku, inne, na których Słowiczkowi towarzyszy liczne grono mężczyzn i kobiet, opisano jako „Wycieczka Chopina”. Gabrysia często pozuje wśród innych młodych kobiet (sióstr? kuzynek? przyjaciółek?) ubranych w sięgające połowy łydki sukienki, bo szalone lata 20. uwolniły kobiece nogi z obowiązku ich zakrywania. Głowy tych dziewczyn zdobią bardzo modne w tej dekadzie kapelusze w kształcie dzwonu, z głęboką główką i małym rondem, z francuska zwane cloche (klosz). Niekiedy nie mają ronda i wtedy przypominają garnek nasunięty na oczy tak głęboko, że osoba w takim kapeluszu musiała unosić głowę, żeby cokolwiek widzieć.
Ten album to unikatowe świadectwo tamtych czasów, legendarnych lat 20., obyczajów, mód i aktywności. Za jakiś czas efekt lustra spowoduje, że ta rodzina stanie się niewidzialna na coraz bledszych, pożółkłych kartonikach i zniknie na zawsze. Album pozostanie tajemnicą, a potem jedynie zbiorem pustych kart. Przetrwa w sieci i to jest ten moment, kiedy digitalizacja wspomaga pamięć najbardziej.
Danuta Książkiewicz-Bartkowiak