Skala poznańskiego buntu w czerwcu 1956 roku zaskoczyła władze i służby. Jeszcze w nocy z 26 na 27 czerwca uspokajano się nawzajem, wierząc, że „jakoś to będzie”. Ale nie było. 28 czerwca 1956 roku krótko po godzinie 6 na ulice Poznania wyszli robotnicy, a w ślad za nimi podążyli tajniacy. Pierwsi walczyli o godne warunki do życia i pracy, a drudzy ich obserwowali i fotografowali, aby wrogów władzy ludowej ukarać. Pierwszych funkcjonariuszy ppłk Feliks Dwojak, szef Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Kochanowskiego (UB), wysłał w szeregi demonstrujących około godziny 8. Celem ich misji było wyłuskanie z tłumu, obserwowanie i fotografowanie tzw. wichrzycieli, czyli osób szczególnie zaangażowanych i potęgujących wrogie władzy ludowej nastroje. Zdjęcia mogły być wykonywane różnymi metodami: tajniak udawał fotoreportera, fotografował z miejsca operacyjnego, np. wynajętego mieszkania czy samochodu, lub wmieszany w tłum robił zdjęcia z ukrytego aparatu, czyli stosował metodę „tajną zakamuflowaną”. Wśród manifestujących robotników poznańskich fabryk pracowali w większości tajniacy z Wydziału B, którego głównym zadaniem była obserwacja obywateli. Wykonali tysiące zdjęć operacyjnych. Łatwo je rozpoznać – na kliszy, a potem na odbitce fotograficznej widać okrągłą, czarną obwódkę. To dowód, że zdjęcie zostało zrobione z ukrycia przez specjalnie przygotowany otwór. Aparat fotograficzny był schowany w teczce, damskiej torebce, pod płaszczem lub marynarką, a nawet w parasolu czy książce, jeżeli tajniak występował w roli inteligenta. Sprzęt był wyposażony w elementy do kamuflażu – osobny spust migawki i maskownicę obiektywu. Na zdjęciach musiała być wyraźnie widoczna twarz obserwowanego „figuranta”, aby ułatwić jego identyfikację, dlatego tajniak tak manewrował w tłumie, aby znaleźć się na wprost takiej osoby. Po wykonaniu zdjęć często zostawał „zdjęty” i zastąpiony kolejnym funkcjonariuszem, ponieważ mógł być rozpoznany przez fotografowanego i w skrajnych przypadkach zlinczowany przez tłum. W celu ochrony swoich funkcjonariuszy służby stosowały cały repertuar środków służących zakamuflowaniu ich roli i wtopieniu się w tłum demonstrantów – od odzieży przez rekwizyty po peruki, wąsy, brody, okulary, a nawet blizny. Dzięki kamuflażowi tajniak mógł być listonoszem, inkasentem, inwalidą, księdzem albo – jak w czasie poznańskiego Czerwca – robotnikiem.
Fotografie operacyjne z wydarzeń w Poznania w czerwcu 1956 roku natychmiast przewieziono do Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie i już wtedy było wiadomo, że rozpracowanie buntu uzyskało najwyższy priorytet partyjnych decydentów. W stolicy zdjęcia wywołano i wytypowano najbardziej aktywnych uczestników strajku, którzy w opinii władz zagrażali porządkowi społecznemu narzuconemu przez totalitarny system. Na zdjęciach nad głową takiej osoby stawiano krzyżyk. Praca czerwcowych tajniaków okazała się owocna. Na podstawie fotografii i donosów informatorów, czyli tzw. osobowych źródeł informacji lub kontaktów operacyjnych w zakładach pracy, aresztowano kilkuset najbardziej aktywnych „figurantów” i poddano ich brutalnemu śledztwu. Dwudziestu dwom osobom wytoczono procesy, które do historii Poznańskiego Czerwca przeszły jako procesy „trzech”, „dziewięciu” i „dziesięciu” od liczby biorących w nich udział oskarżonych.
W 2006 roku zdjęcia operacyjne z Czerwca 56 trafiły do Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu, a 28 czerwca 2026 roku, w 70. rocznicę dramatycznych i krwawych wydarzeń, opublikował je Cyryl.
Danuta Książkiewicz-Bartkowiak